O realizacji celów, wyborze pigułki i rewolwerze przy głowie

32 0

„Jeśli chcesz podnieść skuteczność swoich postanowień i wyznaczanych celów to powiedz o niej swojej rodzinie i przyjaciołom.”

Jeśli mieliście kiedykolwiek, choć minimalną styczność z branżą rozwoju osobistego to jest duża szansa, że przy okazji szkolenia lub czytanego artykułu trafiliście właśnie na to zdanie. Cóż, nie twierdzę, że jest ono nieprawdziwe, lecz bazując na moich prywatnych obserwacjach i zewnętrznych źródłach jestem w stanie podpisać się pod stwierdzeniem, że jest ono „niekompletne”.

Mianowicie, ile razy zdarzyło się Wam powiedzieć lub usłyszeć zdania w stylu:

„Otwieram nową firmę.”

„Ruszam z nowym produktem.”

„Odpalam bloga/vloga/podcast.”

„Od 1 stycznia zaczynam ćwiczyć.” (moje ulubione)

I co? No i często nic. Jeśli macie to szczęście, że z większością najbliższego Waszego otoczenia utrzymujecie zdrowe i dojrzałe relacje (doceńcie to tak przy okazji), to prawdopodobnie po wypowiedzeniu powyższych deklaracji Wasi bliscy i znajomi reagowali dość entuzjastycznie lub przesyłali informację zwrotną w postaci sugestii, pytań, dających do myślenia lub konstruktywnej krytyki.

Daleko mi do „coachingu”, lecz jeśli słyszeliście tylko krytykę, taką wiecie, nieprzyjemną, bezpodstawną i toksyczną to właśnie odkryliście tak zwane kotwice. Czyli ludzi, którzy prawdopodobnie mocno hamują Wasz rozwój. Zwłaszcza jeśli spędzacie z nimi dużo czasu, gdyż czy to nam się podoba, czy nie, po pewnym okresie upodabniamy się do ludzi, z którymi przebywamy najwięcej. Mentalnie, fizycznie, finansowo, zdrowotnie. Zgodnie ze starą mądrością ludową „Pokaż mi swoich przyjaciół, a powiem Ci, kim jesteś.”

Ale hola hola

Trochę odbiegliśmy od tematu. O tym, jaki wpływ ma na nas otoczenie, porozmawiamy w innym „odcinku” ;).

Stanęliśmy na tym, że przeważnie bliscy i znajomi reagują entuzjastycznie. Co ciekawe… Dla wielu osób w tym momencie często kryje się pułapka. Ponieważ, jak przedstawiacie komuś jakiś pomysł i ktoś reaguje pozytywnie, to jak się czujecie? Prawdopodobnie czujecie się dobrze. Jesteście w centrum uwagi. Ktoś wypowiada słowa uznania i z mimiką wyrażającą podziw i szacunek porozumiewawczo skina głową w Waszym kierunku. No właśnie… Na bodźce nie ma mocnych i dlatego też w takim momencie występuje w naszym mózgu wystrzał endorfin (hormony szczęścia). Gdyż pomijając wyjątki i mizantropów, to nasza stadna natura bardzo pożąda akceptacji ze strony innych osób. A wynika to między innymi z tego, że według badań wspomnianych w poniższym filmie nasz mózg ma problem z odróżnieniem czy dany cel został już zrealizowany, czy też nie. No bo jak inni „biją nam brawo” to…?

No i teraz tak; czy hormony szczęścia pobudzają motywację, czy ją obniżają? Będąc wielkim fanem twórczości Pana Piotra Buckiego, pozwolę sobie odpowiedzieć na to pytanie jedynie przez swój pryzmat oraz materiału, gdzie trafiłem na tę wiedzę, gdyż, aby stwierdzić coś na pewno, to trzeba byłoby odnieść się do rzetelnych badań. A to, co tutaj piszę, bazuje na moich prywatnych obserwacjach oraz na poniższym materiale, który zainspirował mnie do przetestowania nowego podejścia w podnoszeniu osobistej efektywności. Choć co prawda w tym materiale powołują się na badania ;). Nie chcę Wam spoilerować, ale to ciekawe, że to zjawisko obniżonej motywacji po publicznej deklaracji danego celu bada się według poniższego materiału video już od 1928 roku! Natomiast jak to bywa w branży rozwoju osobistego, nauka swoje a wielu trenerów swoje. 😉

Z jakich innych powodów staram się wdrażać takie podejście?

Cóż, to co sam odczuwam w tej materii, nazwał kiedyś zgrabnie pewien przedsiębiorca, który powiedział mi, że o swoich celach nie mówi nawet bliskim. Spytany, dlaczego odpowiedział, że aby zrobić coś wyjątkowego w biznesie czy innej dowolnej dziedzinie to trzeba włożyć naprawdę mnóstwo pracy i po drodze ponieść setki porażek. Kontynuując myśl, stwierdził, że zamiast obiecywać różne rzeczy i potem tłumaczyć się z tego, dlaczego nie wyszły (przy okazji czując się jak kretyn) woli po prostu robić swoje w milczeniu i mówić tylko o tym, co się udało. Musicie przyznać, że rzeczywiście kiepskim uczuciem jest najpierw chwalenie się, jakie to ma się wielkie plany. a potem tłumaczenie czemu nie wyszło ;).

Poza tym zauważyłem u siebie coś takiego, że jeśli nie mówię nikomu o danym pomyśle. to dużo szybciej przystępuje do jego realizacji, gdyż… Jak najszybciej chce o nim powiedzieć światu ;). To powoduje u mnie dużo większe skupienie i gotowość do cięższej pracy. Nie twierdzę, że wszyscy, ale umówmy się… Od potrzeby aprobaty i szacunku ze strony rodziny i bliskich ciężko uciec, więc może chociaż warto obrócić ten mechanizm z pożytkiem dla wszystkich, a przede wszystkim samego pomysłu. Bo czym jest pomysł bez egzekucji? O tym kiedy indziej ;).

Zatem nawiązując do zdjęcia z tego artykułu; którą pigułkę (strategię) wybieracie na co dzień? 🙂

Link do wspomnianego materiału video: https://www.ted.com/talks/derek_sivers_keep_your_goals_to_yourself/transcript?language=pl#t-175860

Post Scriptum

Uznałem, że powinienem zrobić drobny dopisek. Otóż niektórzy z Was, którzy mnie znają i mamy siebie w znajomych na Facebook’u wiedzą, że czasami robię publiczną deklarację. Dlatego. aby nikt nie zarzucił mi hipokryzji, pozwolę coś dopowiedzieć.

Nie na każdego ta metoda działa, lecz wielu, których znam i szanuję, używa jej z wielkim powodzeniem. Co ciekawe, poznałem nawet kiedyś kogoś, kto krytykował to podejście, twierdząc, że może „peszyć” innych ludzi. Eh… Na szczęście nie wszyscy muszą mnie kochać ;). Otóż o rzeczach, na których bardzo mi zależy, czasem mówię publicznie, ALE jednocześnie daje termin, w jakim to będzie zrobione oraz wyznaczam sobie karę pieniężną, jeśli cel nie zostanie osiągnięty. Następnie w sytuacji niedotrzymania słowa te środki lądują na koncie organizacji / osoby wskazanej przez osobę, z którą mam zakład. Wiecie… Jakaś partia polityczna czy cel charytatywny, który mi średnio pasuje albo zrobienie imprezy na mój koszt. O co chodzi w tym mechanizmie? O wykorzystanie potęgi wstydu, która jest dość silna w wielu z nas. Kto chce być uznany za osobę niewiarygodną (bo nie dotrzymał danego słowa) lub ponieść publicznie karę, którą sobie sam wyznaczył? No raczej mało kto ;). A że moje najbliższe grono wie, iż funkcjonuje mi się najlepiej z metaforycznym pistoletem przy głowie, to dlatego też stosuje powyższą metodę.

Efekty? Między innymi:

1. Wkrótce w internecie pojawi się moja skromna transformacja fizyczna, którą osiągnąłem, rezygnując z cukru na dobre, odstawiając gluten na jakiś czas, regularnie ćwicząc, śpiąc i nie pijąc alkoholu. A wszystko pod okiem świetnego trenera i mojego wspólnika Macieja Jeschke.

2. Założyłem się z Mikołajem Lechem, świetnym blogerem i przedsiębiorcą (którego znam… już ponad dekadę!) o to, że blog wystartuje do końca września albo zapłacę 1000 zł na dowolny wskazany przez niego cel. Jeśli spojrzycie na datę publikacji tego artykułu. to upewnicie się, że kary nie zapłaciłem ;).

Dzięki za Wasz czas i uczestnictwo w tej poniekąd historycznej chwili, jaką jest mój pierwszy artykuł na blogu Przygód Przedsiębiorców.